Skopski akwedukt

Akwedukt w Skopje położony jest na obrzeżach miasta w północno-zachodniej jego części. W zasadzie to nie do końca wiadomo kto go zbudował i kiedy. Jedna z teorii mówi, że to Rzymianie, w I w. naszej ery. Wodociąg miał zaopatrywać w wodę osadę legionistów. Wg innej, zbudowano go za Justyniana I w czasach bizantyjskich. Najprawdopodobniej akwedukt powstał jednak w wieku XVI w czasach Imperium Otomańskiego i dostarczał wodę m.in. do licznych tureckich łaźni. Skopski akwedukt jest jedynym w Macedonii i jednym z trzech w krajach byłej Jugosławii (pozostałe znajdują się w Starym Barze w Czarnogórze oraz w Splicie w Chorwacji). Zapewniał mieszkańcom miasta wodę z oddalonego o 9 km od Skopje wzgórza, Skopska Crna Gora i liczył ok. 200 kamiennych łuków, z czego do dzisiaj zachowało się 55.

Gdzie jest krzyż? czyli święto Chrztu Pańskiego – Vodici

19 stycznia prawosławni obchodzili święto Chrztu Pańskiego, Vodici (Водици). Wydarzenie to nazywane również “Bogojavlenie” i obchodzone jest od ponad 2000 lat. Wiąże się z tym ciekawa (i zabawna) tradycja wyławiania z wody drewnianego krzyża, który jest do niej wrzucany przez arcybiskupa Ohrydu, Stefana (w Strudze, do rzeki Crn Drim). Symbolizuje to poświęcenie wód rzeki i jeziora.
Śmiałkowie (krzyż mogą wyłowić tylko mężczyźni) wskakują do lodowatej wody i starają się jak najszybciej go z niej wyłowić. Zwycięzca staje się lokalnym bohaterem i jest pobłogosławiony na cały następny rok. W tym roku wygrał też laptopa.
Po wszystkim, zmarzniętym pływakom serwuje sie ciepłą rakiję na rozgrzanie (i wszystkim pozostałym mieszkancom również).
W ostatnich latach w Strudze raz podobno krzyż zaginął a innym razem został zepsuty…w tym roku na szczeście nic złego się nie stało.

Karnawał w Vevcani

Według podań, karnawał ten obchodzony jest od ponad 1400 lat i wywodzi się ze starych pogańskich rytuałów. W zasadzie jest obrzędem przywołania Św. Bazylego Wielkiego i związany jest z obchodem 12 dni prawosławnych świąt Bożego Narodzenia i prawosławnego Nowego Roku.
Św. Bazyli, a właściwie Św. Vasilij, powszechnie znany jako Vasilitsa wyznacza początek nowego roku (14 Stycznia) wg kalendarza juliańskiego. Karnawał jest znakiem odejścia starego roku i nadejścia nowego. Uczestnicy karnawału znani jako Vasiličari (mac. Василичари), bez względu na wiek, przyobleczeni w rytualne stroje i maski, podążają wąskimi ulicami Vevcani, aby spotkać się na jej centralnym placu. Tam odprawiają magiczne rytuały i pozdrawiają się pijąc rakiję i wino, życząc sobie pozostania w zdrowiu i obfitych plonów w nadchodzącym roku.
Karnawał znacznie różni się od innych na świecie swoją archaicznością, magią, tajemniczością i nutą improwizacji. Podczas tego wydarzenia cała wieś przeistacza się w teatr, a każda ulica jest sceną, na której aktorzy improwizują swoje role, a tancerze wykonują swoje tańce.
Co roku goście z całej Macedonii ale też z zagranicy tłumnie gromadzą się w Vevcani, żeby wziąć udział w tym wydarzeniu. Większość masek i przebrań uczestników jest do ostatniej chwili trzymanych w tajemnicy i można je usystematyzować w kilku grupach: antropomorficzne, zoomorficzne, zooantropomorficzne, a także grupy etniczne i terriomorficzne, wszystkie są typowe dla konkretnego regionu. Inaczej mówiąc, stroje i maski nawiązują do ludzi, zwierząt, można spotkać także ich hybrydy.
Maski często związane są również z aktualnymi wydarzeniami w Macedonii i na świecie, nie pomijając także tematów politycznych.
Np. w tym roku nie do uniknięcia było odniesienie się do greckiej zapaści finansowej i wsparcia greckiego rządu przez państwa UE, toteż poprzez odpowiednie przebrania i rekwizyty, zostało to bardzo mocno zaakcentowane i ostro skomentowane. Oczywiście można było się tego spodziewać, ze względu na trwające bardzo silne macedońsko-greckie antagonizmy. Na ulicach Vevcani odprawiono symboliczny pogrzeb Grecji, a potem spalono pokrytą grecką flagą trumnę.
Mieszkańcy wsi żartują, że czasem w trakcie karnawału mają miejsce również nieprzyjemne rzeczy: „najbardziej cierpią świnie, domowe wino i rakija oraz psy”. Corocznie ok. 500 zamaskowanych wieśniaków bierze udział w karnawale. Oficjalnie kobiety w nim nie uczestniczą, ale mogą zakładać maski. Nieustannie od kilkunastu stuleci karnawał w Vevcani ukazuje bogaty krajobraz i szeroką mozaikę folkloru, masek, oryginalności i tradycji.

Uparta Medenica, czyli dwa dni w Mavrovie

Po eksploracji masywu Jablanicy i Crn Kamena, przyszedł czas na zmianę kierunku moich górskich zainteresowań. Miałem okazję spędzić weekend z moimi przyjaciółmi-wolontariuszami w ‘wikendiczce’ znajomego w miejscowości Mavrovo i parku narodowym o tej samej nazwie. I choć pogoda początkowo nie zachęcała do wyjazdu, mimo wszystko podjęliśmy ryzyko. Mieliśmy gwarancję dachu nad głową w razie kiepskich warunków, więc w najgorszym razie mogliśmy po prostu zostać w domu, grzać się przy kominku i pić rakiję (co również było bardzo ciekawą perspektywą). I tak też zrobiliśmy pierwszego dnia. Po dotarciu na miejsce, zaopatrzeni w siekierę i piłę, poszliśmy nazbierać nieco drwa na opał – frajda rąbania drewna nie do opisania!
Następnego dnia, ja i Kuba (reszcie nie chciało się wychodzić z domu), wyszliśmy na szlak. Po 1,5 godziny błądzenia we mgle w poszukiwaniu drogi na Medenicę (2169 m.n.p.m.), w końcu trafiliśmy na oznakowany szlak, który zniknął po kilkunastu minutach. I tak pojawiał się i znikał, w końcu przestaliśmy zwracać na to uwagę i szliśmy jak zwykle – na azymut. Mniej więcej w połowie drogi odpuściliśmy i zawróciliśmy z powodu mgły, która gęstniała coraz bardziej.
Oto co udało się zobaczyć:

Następnego dnia, niezniechęceni fiaskiem, w planie mieliśmy Korab – najwyższy szczyt Macedonii, 2764 m.n.p.m, jednak z powodu nieprzespanej nocy, zamieniliśmy go na kolejną próbę wejścia na Medenicę. Tym razem pogoda sprzyjała i warunki były idealne. Mając już doświadczenie z dnia poprzedniego i nie tracąc czasu na odgadywanie szlaku, osiągnęliśmy bardzo szybko punkt, z którego zawróciliśmy dzień wcześniej. Okazało się, że do szczytu jeszcze cholernie daleko i trzeba najpierw pokonać duża dolinę, a potem wspiąć się znów 600 m do góry. Etap po etapie, krok po kroku ale szczyt wcale nie miał zamiaru się przybliżyć. W dodatku, już na grani szczytowej, halny jak diabli. Odczuwalne minus 15. Cholernie uparta i niegościnna Góra. I dlatego paradoksalnie zasłużyła na szacunek. W końcu szczyt, rozległy i płaski, z którego ujrzeliśmy niewiarygodnie piękne pasmo Korabu. Próba oblania sukcesu piwem skończyła się jego zamarznięciem. Zeszliśmy dosyć szybko i dotarliśmy do asfaltowej drogi, która na pewno prowadziła do Mavrova, z tym że nie mielismy pojęcia o jej długości. Na szczęście zatrzymaliśmy pierwszy lepszy samochód z dobrymi ludźmi w środku, którzy podwieźli nas do domu.
10 kilometrów.
Obszerniejsza relacja z wypadu (w j.ang) w najnowszym numerze magazynu Do Right: www.dorightmk.org

Niezatapialna cerkiew w Mavrovie

Miejscowa ludność mówi, że Bóg i święci nie pozwalają na całkowite zniknięcie tego kościoła w głębi jeziora. Zjawisko jego ciągłego wyłaniania się z wody mieszkańcy Mavrova tłumaczą “niemożnością zatopienia i zapomnienia miejsca świętego”.
Cerkiew ta została wybudowana przez mieszkańców w 1850 r. Jednak kiedy w 1953 r. wybudowano tamę w celu utworzenia elektrowni wodnej, zdecydowano, że będzie zalana. Rzeki Mavrovo i Radika zaczęły powoli wypełniać dolinę, z czasem runął jej strop, jednak kościół całkowicie się nie zawalił.
Co ciekawe, zimą 1956 r. do doliny zeszła potężna lawina zabijając 52 robotników pracujących przy budowie elektrowni. W ostatnim czasie woda w jeziorze nieco opadła, pozwalając na wejście do wnętrza kościoła, który zazwyczaj był przynajmniej do 1/3 wysokości zalany.

Crn Kamen cz. 2

A o to owoce listopadowego (kolejnego) wypadu na Crn Kamen.
Nocą temperatura spadła grubo poniżej zera, dlatego wpadliśmy na genialny pomysł zabrania do wnętrza namiotu gorącego, nagrzanego w ognisku kamienia…który był tak gorący, że zaczął przepalać okręconą wokół niego szmatę i emitować dość podejrzany smród. Dlatego też zrezygnowaliśmy z tego sposobu ogrzewania i musieliśmy liczyć tylko na ciepłotę naszych śpiworów (btw. zapomnieliśmy zabrać karimat). Rano natura w pełni zrekompensowała nam nocne niedogodności i mogliśmy wygrzewać się w pełnym słońcu.

Donkey race, czyli konkurencja ujeżdżania osła na czas

Minęło już sporo czasu od festiwalu wina w Kavadarci, ale dopiero teraz natknąłem się na zapomniane stamtąd zdjęcia. Oprócz możliwości degustacji szerokiej gamy win (osobiście byłem zbyt zaaferowany smakowaniem tego trunku i imitowaniem zagranicznego konesera żeby skoncentrować się na zrobieniu szerszego fotoreportażu z tego wydarzenia), jedną z głównych atrakcji była konkurencja ujeżdżania osła na czas.
W rywalizacji udział wzięło czterech zawodników wraz z poganiaczami. Jeden z nich mocno dawał o sobie znać przed konkursem, strosząc się, grożąc i próbując przestraszyć przeciwników. Ostatecznie jednak wygrał zupełnie inny uczestnik wyścigu, niepozorny i skromny, upokarzając jegomościa.
Oto co się wydarzyło: