Po eksploracji masywu Jablanicy i Crn Kamena, przyszedł czas na zmianę kierunku moich górskich zainteresowań. Miałem okazję spędzić weekend z moimi przyjaciółmi-wolontariuszami w ‘wikendiczce’ znajomego w miejscowości Mavrovo i parku narodowym o tej samej nazwie. I choć pogoda początkowo nie zachęcała do wyjazdu, mimo wszystko podjęliśmy ryzyko. Mieliśmy gwarancję dachu nad głową w razie kiepskich warunków, więc w najgorszym razie mogliśmy po prostu zostać w domu, grzać się przy kominku i pić rakiję (co również było bardzo ciekawą perspektywą). I tak też zrobiliśmy pierwszego dnia. Po dotarciu na miejsce, zaopatrzeni w siekierę i piłę, poszliśmy nazbierać nieco drwa na opał – frajda rąbania drewna nie do opisania!
Następnego dnia, ja i Kuba (reszcie nie chciało się wychodzić z domu), wyszliśmy na szlak. Po 1,5 godziny błądzenia we mgle w poszukiwaniu drogi na Medenicę (2169 m.n.p.m.), w końcu trafiliśmy na oznakowany szlak, który zniknął po kilkunastu minutach. I tak pojawiał się i znikał, w końcu przestaliśmy zwracać na to uwagę i szliśmy jak zwykle – na azymut. Mniej więcej w połowie drogi odpuściliśmy i zawróciliśmy z powodu mgły, która gęstniała coraz bardziej.
Oto co udało się zobaczyć:








Następnego dnia, niezniechęceni fiaskiem, w planie mieliśmy Korab – najwyższy szczyt Macedonii, 2764 m.n.p.m, jednak z powodu nieprzespanej nocy, zamieniliśmy go na kolejną próbę wejścia na Medenicę. Tym razem pogoda sprzyjała i warunki były idealne. Mając już doświadczenie z dnia poprzedniego i nie tracąc czasu na odgadywanie szlaku, osiągnęliśmy bardzo szybko punkt, z którego zawróciliśmy dzień wcześniej. Okazało się, że do szczytu jeszcze cholernie daleko i trzeba najpierw pokonać duża dolinę, a potem wspiąć się znów 600 m do góry. Etap po etapie, krok po kroku ale szczyt wcale nie miał zamiaru się przybliżyć. W dodatku, już na grani szczytowej, halny jak diabli. Odczuwalne minus 15. Cholernie uparta i niegościnna Góra. I dlatego paradoksalnie zasłużyła na szacunek. W końcu szczyt, rozległy i płaski, z którego ujrzeliśmy niewiarygodnie piękne pasmo Korabu. Próba oblania sukcesu piwem skończyła się jego zamarznięciem. Zeszliśmy dosyć szybko i dotarliśmy do asfaltowej drogi, która na pewno prowadziła do Mavrova, z tym że nie mielismy pojęcia o jej długości. Na szczęście zatrzymaliśmy pierwszy lepszy samochód z dobrymi ludźmi w środku, którzy podwieźli nas do domu.
10 kilometrów.
Obszerniejsza relacja z wypadu (w j.ang) w najnowszym numerze magazynu Do Right: www.dorightmk.org


















41.623056
20.657222